Wywiad z z Krzysztofem Kietzmanem, tłumaczem serii "Explorer Academy"

10.06.2020

Zazwyczaj uwaga skupia się wokół autora książki. Jednak za jakością książek, przekładanych z języków obcych, w dużej mierze stoi tłumacz. Jak wygląda praca tłumacza? Czy trudno jest przełożyć żarty z jednego języka na drugi? O to i wiele więcej zapytaliśmy Krzysztofa Kietzmana.



Powiedz, jak to się stało, że zostałeś tłumaczem?

Tłumaczem zostałem najpierw z przypadku, a potem już z pasji. W dzieciństwie przez kilka lat mieszkałem w Stanach Zjednoczonych na obrzeżach Detroit, gdzie porządnie opanowałem angielski. W Polsce trafiłem na wspaniałą nauczycielkę angielskiego w liceum, słynną panią Jane, dzięki której po trzech latach zostałem olimpijczykiem z tego języka. Studiowałem filologię angielską, ale wbrew pozorom specjalizowałem się nie w przekładzie, a w literaturoznawstwie – pracę magisterską napisałem o amerykańskich powieściach z gatunku science fiction (autorów Williama Gibsona i Neala Stephensona). Niespecjalnie przepadałem za teorią przekładu na studiach, ale traf chciał, że jednocześnie już na pierwszym roku z polecenia koleżanki zacząłem tłumaczyć dla telewizji – westerny, filmy sensacyjne, filmy dokumentalne i popularnonaukowe, amerykańskie talk shows, a nawet filmy animowane dla dzieci. Odkryłem wtedy, że najbardziej odpowiada mi właśnie taka praca, dzięki której co chwila mogę znaleźć się w innym świecie, a także pogłębić wiedzę z wielu ciekawych dziedzin. Moja przygoda z telewizją wkrótce potem dobiegła końca, ale z czasem zacząłem przekładać książki popularnonaukowe, poradniki i prace naukowe. Skończyłem też studia podyplomowe z przekładu prawniczego. Mało która dorosła osoba może powiedzieć, że jej codzienna praca poświęcona jest kosmosowi i dinozaurom. Ostatnio przełożyłem też grę komputerową! Gdybym jako dziecko wiedział, że w przyszłości nadal będę zajmował się tym, co pasjonowało mnie za młodu, pewnie bym polubił swojego starszego ja :-).

 

Jakie było najtrudniejsze tłumaczenie w Twoim życiu? I co takiego sprawiło, że zasłużyło na takie miano?

Obiektywnie patrząc, myślę, że najbardziej wymagające są tłumaczenia naukowe, które wykonuję dla pracowników akademickich – z socjologii, zarządzania, literaturoznawstwa... Ale tak naprawdę w dowolnej książce może niespodziewanie pojawić się kwestia, która spędzi sen z powiek tłumacza. Na przykład seria „Akademia Odkrywców”, którą dla was przekładam, bazuje na najnowszych ustaleniach naukowców współpracujących z National Geographic, co samo w sobie jest niesamowite, ale sprawia też, że niektóre zagadnienia są jeszcze zupełnie nowe i nieopisane. W tomie trzecim pojawia się skrzynia grobowa niejakiej Szesepamontaisher – traf chciał, że skrzynia ta została odnaleziona na tyle niedawno, że nikt wcześniej nie zapisał imienia nieboszczki po polsku! A ponieważ, rzecz jasna, nie zamierzałem zostawiać go w brzmieniu angielskim, musiałem zwrócić się o pomoc do archeologa z Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW, który spojrzał na zdjęcie skrzyni grobowej i zrekonstruował imię bezpośrednio na podstawie inskrypcji zapisanej hieroglifami. Praca tłumacza w większości jest samodzielna, ale czasami polega na ustaleniu, kogo można poprosić o pomoc w bardzo trudnej kwestii. Zdarza się, że zadaję tak trudne pytanie, że jeden specjalista musi udać się do drugiego :-).



Pytanie od drugiej strony – Twoje ulubione tłumaczenie to...?

Bardzo cenię Piotra W. Cholewę za przekłady „Świata Dysku” Terry'ego Pratchetta. Miał bardzo trudne zadanie, ale wyszedł z niego obronną ręką. Zawsze się cieszę, gdy widzę w książce imię i nazwisko znajomego czy znajomej po fachu – Krzysztofa Sokołowskiego, Ani Studniarek, Agnieszki Hałas, Rafała Dębskiego... Chętnie sięgam po przekłady Pauliny Braiter czy Marcelego Szpaka. A w drugą stronę – David French nawet nieźle poradził sobie z angielskim przekładem serii wiedźmińskiej Andrzeja Sapkowskiego. Tak, z ciekawości przesłuchałem Sapkowskiego po angielsku :-).

 

Podziel się z nami swoimi inspiracjami książkowymi. Co lubisz czytać i jakie książki są dla Ciebie ważne?

W dzieciństwie najbardziej lubiłem powieści o Tomku Wilmowskim autorstwa Alfreda Szklarskiego i serię o Panu Samochodziku autorstwa Zbigniewa Nienackiego. Dziś najchętniej sięgam po wymagające science fiction zachodnie (Williama Gibsona, Neala Stephensona, Charlesa Strossa, Teda Kosmatki, Grega Egana...) i fantastykę polską (Roberta Wegnera, Ani Kańtoch, Agnieszki Hałas...). Lubię też ambitne powieści obyczajowe i historyczne Łukasza Orbitowskiego, Szczepana Twardocha, Kuby Małeckiego, Wita Szostaka, Ani Kańtoch czy Radka Raka. Z wieloma polskimi autorami, wydawcami i tłumaczami spotykam się co roku towarzysko na festiwalach, targach książki i konwentach – w paru polskich książkach i opowiadaniach pojawiam się nawet z imienia i nazwiska jako postać :-). Miałem już okazję zostać nawigatorem statku kosmicznego, żołnierzem, burmistrzem, niemieckim astronautą i zombie... Lubię też bardzo serię „Świat Dysku” Terry'ego Pratchetta – jestem autorem popularnej w sieci tabeli „Świat Dysku – porządek czytania”, którą przetłumaczono na kilka języków. Pomaga zrozumieć, jak łączą się ze sobą poszczególne części cyklu, a jest ich przecież ponad czterdzieści. Ostatnio skończyłem czytać biografię Agathy Christie – okazało się, że była ambitną odkrywczynią i wraz z mężem jeździła na stanowiska archeologiczne – a teraz powoli brnę przez kolejne powieści przygodowe Juliusza Verne'a.

 
Jeśli nie zostałbyś tłumaczem, to co byś robił zawodowo w życiu?

Gdy byłem młodszy, nie miałem ściśle ukierunkowanych zainteresowań – chciałem zostać informatykiem, kompozytorem, architektem, przez rok nawet studiowałem prawo. I być może właśnie dlatego odnalazłem się w zawodzie tłumacza – co chwila przekładam coś nowego, z innej dziedziny, mogę wcielić się w rozmaite role. Moi znajomi angliści odnajdują się w bardzo różnych zawodach – są nauczycielami angielskiego, pracują w bankowości, korporacjach. Zadziwiająco wielu spośród moich znajomych anglistów pracuje w branży gier komputerowych – myślę, że próbowałbym pójść w tym kierunku, ale podejrzewam, że i tam moja praca byłaby powiązana z tłumaczeniem :-).

 

Czy to trudne tłumaczyć niuanse językowe, powiedzenia albo żarty z jednego języka na drugi? Jak sobie z tym radzisz?

Nie zawsze przychodzi to z łatwością, ale daje wiele satysfakcji. I tu niedoścignionym wzorem do naśladowania jest dla mnie Piotr Cholewa, tłumacz Terry'ego Pratchetta. A jeśli dana kwestia złośliwie nie chce brzmieć zabawnie w języku polskim, w ostateczności stosuję tzw. strategię kompensacji językowej, co oznacza, że staram się, by coś zabrzmiało śmiesznie, jak nie tam, to gdzie indziej – i po prostu gdzieś dopisuję śmieszną kwestię. Z kolei w przekładzie nazw własnych, akronimów i neologizmów najważniejsze jest to, by brzmiały one naturalnie, tak jakby daną nazwę wymyślił od zera użytkownik języka polskiego. Dlatego bajeranckie urządzenie Cruza, Octopod, którego angielska nazwa nawiązuje do ośmiornicy (bo wypuszcza gaz niczym ośmiornica chmurę sepii), nie jest w polskim przekładzie żadną ośmiorkulą, ośmiorsferą, bo to zwyczajnie nie brzmi, a po prostu Kulą-Zwiewulą – i od razu wiadomo, o co chodzi :-). Ale czasami nazwa przychodzi od razu. Angielska nazwa wynalazku Lani, acousticks, nawiązuje do akustyki i kijów – w ten sposób w jedną chwilę powstało słowo „dźwiękije”. A w razie wątpliwości z pomocą przychodzi mi wspaniała redaktorka, Barbara Szymanek, która sama jest autorką.

 
Która część z serii „Explorer Academy” jest Twoją ulubioną?


Do tej pory najbardziej podobał mi się tom trzeci, „Podwójna helisa”, bo bohaterowie odwiedzają tam starożytną Petrę. Przełożenie fragmentu o Petrze było wyzwaniem, bo prace wykopaliskowe w Petrze trwają po dziś dzień i co chwila odkrywane są nowe budowle – National Geographic całkiem niedawno, bo w 2016 roku, pisało o odkryciu kolejnej struktury, która została odnaleziona za pomocą dronów – tak samo jak potem bohaterowie serii sami odnajdują zaginione miasto. Ale tak naprawdę najbardziej lubię nie tyle konkretną część serii, ile końcówkę każdej książki, bo to tam odkrywane są wszystkie tajemnice :-).

 

Jak wygląda praca nad tłumaczeniem? Czytasz najpierw całą książkę i dopiero tłumaczysz czy od razu siadasz do tłumaczenia?


Oj, wśród tłumaczy to temat kontrowersyjny – niemal tak kontrowersyjny jak istnienie pizzy hawajskiej czy kwestia rodzynek w serniku :-). Jedni mówią, że koniecznie należy przeczytać całą książkę przed przystąpieniem do pracy, by mieć pełne rozeznanie w temacie, a inni, że można pójść na żywioł. Osobiście należę do tej drugiej grupy i od razu siadam do tłumaczenia – co jednak nie oznacza, że moja praca kończy się z chwilą postawienia ostatniej kropki. Lubię być zaskakiwany na równi z bohaterami – uważam, że wtedy reakcje bohaterów w przekładzie są bardziej naturalne. No i każdego dnia z rana mam ochotę przystąpić do pracy, by przekonać się, co się wydarzy :-). Jednocześnie po przełożeniu całości wielokrotnie powracam do fragmentów tekstu, by w razie potrzeby je poprawić lub uzupełnić – nikt nie czyta książki tak uważnie jak tłumacz i redaktor. Inna sprawa, że jako tłumacz i tak nie jestem na tej samej pozycji co czytelnik, bo na potrzeby pracy musiałem poznać niektóre tajemnice serii do przodu... Ale oczywiście trzymam język za zębami i niczego się ode mnie nie dowiecie ;-).

 

Fotografia pochodzi z prywatnego archiwum Krzysztofa Kietzmana.

 

Rozmowę przeprowadziła Patrycja Herbut.

 

Serię "Explorer Academy" można zamówić na >>swiatksiazki.pl<<

powrót

Znajdź nas na: